choroba zwana władzą

Ponoć trzy największe ludzkie namiętności to pieniądze, sława i władza. O pieniądzach już było, o sławie za dużo nie wiem, dlatego dziś słów kilka o władzy. Nie żebym nagle jakąś posiadła, ale że w różnych miejscach człowiek bywa, to i się niejednego naogląda…

Tak się jakoś dziwnie składa, że co jakiś czas, ktoś, kogo znam mniej lub bardziej, otrzymuje posadę, dającą mu władzę. Ba! Bywało i tak, że moi znajomi stawali się nagle moimi przełożonymi, miałam więc okazję widzieć ich w różnych rolach i, niestety, wnioski nie są zbyt optymistyczne. Władza uderza do głowy i tylko nieliczni potrafią się przed tym zjawiskiem obronić.

Prezesi, dyrektorzy, kierownicy, szefowie działów, nieważne jakiej profesji – od ekonomistów, przez polityków po artystów – niemal wszyscy głupieją, gdy tylko poczują, że mają władzę. Niektórym wystarcza sam fakt, że to oni podejmują ostateczną decyzję, inni lubują się w pokazywaniu podwładnym „kto tu rządzi”. Bywają niedostępni, których gabinety wiecznie są zamknięte, a przed drzwiami czeka kolejka współpracowników z listą spraw do załatwienia, bywają też otwarci, gotowi wkupić się w łaski załogi, w każdej chwili służąc radą i pomocą. Większość trudno znosi krytykę, niemal wszyscy, zajmując nowe stanowisko, próbują się wykazać – wprowadzają nowe produkty i usługi lub zmieniają sposób organizacji pracy. Przy okazji często coś psują, niszczą, wdrażają pomysły tak absurdalne, że nawet idiota widzi, iż nie mają sensu… ale to jest właśnie część opłaty za stołek, na którym siedzą – udowodnić, że na niego zasługują (nawet jeśli nie zasługują).

Druga część opłaty za stołek to posłuszeństwo (no chyba, że jest się najwyższym z najwyższych i nie wiszą nad tobą żadne rady nadzorcze, komisje czy nadprezesi). Paradoks polega na tym, że otrzymując władzę, „bohaterowie” dzisiejszego wpisu często sami muszą wykonywać polecenia, zalecenia, realizować nie swoje plany itd. Muszą, bo wiedzą, że za rogiem już czyha ktoś, kto gotów jest zająć ich miejsce – ktoś może i mający niższe kwalifikacje, ale za to bardziej posłuszny. Tym czyhającym w wielu przypadkach jest ktoś, z kim na zebraniach siedzą przy jednym stole, z kim omawiają najistotniejsze biznesowe kwestie, z kim konsultują swoje decyzje, dlatego muszą mieć wokół siebie ludzi zaufanych. Jak to zrobić? Ano zrobić czystkę! Usunąć elementy jawnie wrogie lub podejrzane, zastępując je przyjaciółmi, członkami rodziny lub znajomymi, którym rola wiernego giermka wystarczy. To nic, że na bruk wylatują wysokiej klasy specjaliści – jakoś to będzie, kogoś się znajdzie… a że jakość produktu w międzyczasie pogorszy się tak bardzo, że konsumenci włożą do koszyka co innego? A kogóż obchodzi smak jogurtu, gdy smak władzy wynagradza wszystko…

Efektem ubocznym władzy bywają też bardzo często urojenia prześladowcze. Zdobywcy kierowniczych posad doszukują się zdrady, działań sabotażowych itp. tam, gdzie ich nie ma. Są tak skupieni na sobie i utrzymaniu się na stołku, że nawet nie przyjdzie im do głowy, że ich podwładni w głębokim poważaniu mają personalne potyczki czy walkę o wpływy, a zależy im jedynie na tym, by móc w spokoju wykonywać pracę, pod której efektami nie będą się wstydzili podpisać własnym nazwiskiem.

Są też tacy, którym wyłączyła się opcja „instynkt samozachowawczy”. Aż nie do wiary, że nie widzą ilu tzw. „przyjaciół”, karmiąc ich pochlebstwami, próbuje ugrać coś dla siebie. Ilu tak zwanych „lojalnych”, znikając za rogiem śmieje się z ich naiwności… Ale oni chcą jedynie słyszeć jak są wspaniali, zdolni, kreatywni, że podejmują jedynie słuszne decyzje i są gwarantem sukcesu przedsiębiorstwa. Ech, te piękne słówka…

Niestety, walka o ową władzę trwa nieprzerwanie, a z tego, co mi wiadomo stołka do tyłka nikt sobie jeszcze przyspawać nie zdołał. Mam wrażenie, że część osób, które dziś zajmują stanowiska, straciła zdolność perspektywicznego myślenia. Co ich czeka, gdy z hukiem spadną z kierowniczych krzeseł? Czy dopiero wówczas zauważą pustkę wokół siebie? Co zrobią, gdy zrozumieją, że nikt nie poda im ręki, bo bardziej cenili sztuczne uśmiechy niż nie zawsze przyjemną szczerość?

Władza to choroba. Podstępna i uzależniająca. Dobrze jest pamiętać, że nie trwa wiecznie, a na kierowniczych stanowiskach jedynie się bywa…

Foto: unsplash.com

 

2 comments

  • Wspaniały tekst. Zgadzam się z nim w 100%.
    Napisałaś , że władza to choroba.
    Ja tylko dodam, że nieuleczalna.
    Pozdrawiam Cię.

    • Tekst jest wynikiem kilku lat obserwacji. Mało kto, spośród ludzi, których znam, a którzy dostali lub zapracowali sobie na stanowisko, dające władzę, umiał się obronić przed tą chorobą. Okazało się, że nieważne jest pochodzenie, wykształcenie ani branża, w której się pracuje – mechanizm wszędzie jest taki sam – od zakładu mleczarskiego przez ośrodek zdrowia i szkołę, po kancelarię prawną. Sektor publiczny i prywatny są ogarnięte chorobą, choć dochodzą mnie słuchy, że w prywatnych przedsiębiorstwach to już całkiem bywa „wolna amerykanka”. Smutne to bardzo, ale prawdziwe. Na szczęście jest też garstka tzw. „mądrych liderów”, którzy zarządzają, szanując przy tym drugiego człowieka 🙂
      Dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz. pozdrawiam ciepło 🙂

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *