„kosmos w ritzu” – miłka o. malzahn

Kolejne moje spotkanie z „Miłkowym” pisaniem. Tym razem trzy opowiadania, całkiem zgrabne, choć tworzące rzecz niejednorodną. Nie na darmo pojawia się w tytule Ritz. Jeśli ktoś kiedykolwiek oglądał zdjęcia przedwojennego Białegostoku, wcześniej czy później musiał trafić na fotografię hotelu Ritz. Hotelu, którego już nie ma. To właśnie wokół białostockiego Ritza „dzieją się” dwa (pierwsze) opowiadania.

Główna bohaterka Kwiryna, wprowadza się do odziedziczonego po ciotkach („które zrobiły sobie na złość testamentami”), zniszczonego hotelu. Niebawem odkrywa, że w budynku przebywają nieproszeni goście – grupa staruszków. O wyjaśnienie sprawy Kwiryna prosi Fronasza – tytułowego bohatera poprzedniej książki Malzahn ( w którym to bohaterze mogłabym się alternatywnie zakochać).

Mogłabym brnąc w fabułę, ale tego nie zrobię, bo w przypadku książek Miłkowych, fabuła wydaje mi się rzeczą drugorzędną jakby. Nie o same wydarzenia tu bowiem chodzi, a raczej o specyficzny klimat, o to zacieranie granicy między tym, co realne, a tym co pojawia się w snach i w wyobraźni. Czas płynie w hotelu Ritz nieco inaczej i chyba nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, że sam hotel okazuje się portalem łączącym Białystok z innymi światami.

Ostrożnie humorystyczna i nieostrożnie zakręcona powieść Miłki O. Malzahn, przenosi czytelnika do już nieistniejącego (albo istniejącego) białostockiego hotelu Ritz, w którym znajduje się (lub nie) portal, a za nim inne wymiary, chociaż najdziwniejsze rzeczy wydarzają się po„naszej” stronie. Warto wybrać się w podróż, zwłaszcza do nas (i po nas) samych

– napisał o „Kosmosie w Ritzu” Ignacy Karpowicz i chyba celniej napisał, aniżeli ja Wam opowiedzieć o tejże publikacji umiem.

Nie wspomniał za to Ignacy o czymś, czego chyba nie sposób nie zauważyć, czytając te opowiadania – o starości. Starsi ludzie pojawiają się we wszystkich trzech tekstach, choć w różnym charakterze i z rożną intensywnością. Gdzieś pomiędzy historią Kwiryny i Fronasza przemyka bowiem starość jako rzecz naturalna, choć kłopotliwa. Najtrafniej chyba mówi o tym Teodor – jeden z bohaterów opowiadania „Starcy w Ritzu”:

Otóż, drogi panie, wraz z przyjaciółmi organizuję sobie taką starość, której nikt nie tropi, nie pilnuje, ani pielęgniarze, ani lekarze. Ani rodzina, ani dawni przyjaciele, którzy bliżej końca zaczynają współczuć, obserwując rozwój demencji oraz skutki naszej odchodzącej (definitywnie) pamięci. Chcemy tego unikać. (…) Starość nie lubi zmian, ale nie lubi też pędu. Żyjąc w rodzinie czulibyśmy upływ czasu, zdarzeń, gubilibyśmy się w sprawach mniejszych i większych, a własnych. Narażalibyśmy biskich na to, że nas w końcu zlekceważą. [s.28]

Wspomniałam na początku, że „Kosmos…” jest tworem niejednorodnym. Mówię tu o trzecim opowiadaniu, innym, bardziej poetyckim, mniej fabularnym. Nie ukrywam, że z racji mojej wielkiej miłości (alternatywnej) do Fronasza, było ono dla mnie dość rozczarowujące. I nie o względy estetyczno-artystyczne tu chodzi, a o brak Fronasza właśnie! „Sezon na sardynki”, po „Starcach w Ritzu” i „Kosmosie w Ritzu” przynosi uspokojenie, wycisza. Nie spotykamy znanych już bohaterów, znika gdzieś także hotel Ritz. Słyszymy za to coś jakby wewnętrzny głos kobiety, zmagającej się z chorobą, ze sobą, z życiem… choć nie jestem pewna czy „zmaganie się” jest tu odpowiednim określeniem, bo raczej o przeżywanie w spokoju, z pewnym zaciekawieniem spoglądanie na to, co we mnie i poza mną, tu idzie.

Polecam uwadze Państwa. Bardzo.

Tytuł: Kosmos w Ritzu

Autor: Miłka O. Malzahn

Wydawca: Wydawnictwo FORMA.Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy

Rok wydania: 2014

Ilość stron: 108

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN: 978-83-63316-87-7

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *