sztuka interpretacji

Ludzie to stworzenia uwielbiające zjawisko zwane krytyką, pod warunkiem wszakże, że to oni są tymi, którzy krytykują. Krytykować dziś można, a nawet należy wszystko: od koloru spódnicy sąsiadki, przez wątpliwą świeżość chleba w  pobliskiej piekarni (nawet jak przed chwilą z pieca wyjęty, to przecież może być za mało sprężysty, za bardzo przyrumieniony, nie tak smaczny jak zazwyczaj), po ulubiony temat Polaków – politykę.

Jeszcze 1,5 roku temu zaczynałam dzień od włączenia kanału informacyjnego, a wieczorem potrafiłam obejrzeć całą serię wiadomości: 18.30 – lokalny „Obiektyw”, 19.00 – Fakty TVN, 19.30 – Wiadomości TVP1. Niestety, przytłaczająca ilość serwowanych newsów to były informacje z serii „fatalnych”: katastrofy, morderstwa, porwania, gwałty, kryzys ekonomiczny, polityczne przepychanki, śmiertelne choroby, klęski żywiołowe, wojny itp. Co gorsza, znakomita część tychże przekazów była opatrzona komentarzem tzw. ekspertów lub szeroko komentowana w programach publicystycznych. Szczerze mówiąc – miałam po prostu dość. Kilka miesięcy temu wyłączyłam telewizor. Dzień zaczynam od ulubionej herbaty na balkonie z muzyką, na którą akurat mam ochotę, w tle.

Z racji pracy skazana jestem na internet, nawet lubię portale społecznościowe, ale swoją potrzebę komentowania czegokolwiek, zwłaszcza z pozycji krytyka, staram się ograniczać do minimum (wyjątek stanowi literatura – za bardzo szanuję tę przestrzeń, by udawać, że coś jest dobre, podczas gdy w rzeczywistości jest chłamem). Nie daję się wciągać w niekończące się dyskusje, mające na celu krytykowanie… hmm… właściwie wszystkiego tylko po to, by krytykować. Cenię to, że ludzie mają własne zdanie, mogę się z nimi zgadzać lub nie, ale naprawdę nie ma we mnie potrzeby dostrzegania we wszystkim narzędzia szatana. Mam wrażenie, że wychowałam się w kulturze, w której widzi się jedynie to, co szare, smutne, nijakie, groźne, beznadziejne. Niemal każdą rzecz albo zjawisko jesteśmy w stanie bez problemu interpretować jako zagrożenie, jakbyśmy nie dostrzegali pozytywów…. a przecież życie to właśnie sztuka interpretacji, indywidualny wybór każdego z nas. Dlaczego więc w zdewastowanym murze nie dostrzec fragmentu scenografii? W przejęzyczeniu dziennikarza – potwierdzenia, że mamy do czynienia z człowiekiem, a nie maszyną? Nie mówię o skrajnościach – jeżeli świadomie i z premedytacją jeden człowiek krzywdzi drugiego – nie ma dla tego uzasadnienia, ale po co szukać błędów na każdym kroku? Ja wybieram dobro i optymizm – to chciałabym mieć wokół siebie. Wolę wierzyć w ludzi niż ich skreślać. A Ty – co wybierasz?

foto: DK

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *