ze starej biblioteki

Za starych, dobrych lub nie bardzo (punkt widzenia zależy od punktu siedzenia) czasów, gdy nie było jeszcze telefonów komórkowych i komputerów, ludzie mieli normalne umowy o pracę i nie znali słowa grillować, pierwszego maja szli w pochodach, wyjeżdżali na wczasy zakładowe i marzyli by mieć Trabanta lub Fiata 126p, a mnie nie było jeszcze na świecie (ewentualnie już byłam, ale mała), w każdym, większym zakładzie pracy istniała biblioteka. Państwo zapewniało masom dostęp do kultury, z czego robotnicza brać korzystała ze zmiennym entuzjazmem. Skąd wiem? Ano wiem, bo stałam się jakiś czas temu posiadaczką części zbiorów takiej przyzakładowej biblioteki, a karty wypożyczeń (czy jak się to nazywa) mówią jasno – szału nie było!

O istnieniu większości autorów, których dzieła w owej bibliotece się znajdowały, nigdy nie słyszałam. Odeszli w zapomnienie wraz ze zmianą ustrojową. Słuch po nich zaginął, zostały książki, których nikt nie czyta… Klasycy w przyzakładowych bibliotekach też byli, a jakże. Ci polscy i ci zagraniczni, na stałe ulokowani we wszelakich kanonach Starego Kontynentu. Nie mieli specjalnej półki, nie korzystali z przynależnego im, zdaniem literaturoznawców, piedestału. Bratali się z tymi maluczkimi, okładka w okładkę kusząc potencjalnego czytelnika, a łatwo nie było! W ramach równego traktowania, wszystkie książki obłożono szarym papierem. Pamiętam, że taki był w sklepie spożywczym. Chyba mięso zawijała weń niedbale ekspedientka. Książka najwyraźniej lepsza od mięsa nie była. Właściwie to nawet być nie mogła – towary wszelakie też ponoć idea równości obejmowała, choć prawdę powiedziawszy, krążą plotki, że naród robotniczy bardziej się z kiełbasy i pół litra cieszył aniżeli z książki. Z książki to się co najwyżej mogła „yntelygencja” cieszyć, a i to nie zawsze, bo jak człowiekowi kiszki marsza grają, to i Mickiewicz ze Słowackim nie pomogą.

Patrzę na ten mój skarb zdobyczny. Szary, brudny, z pożółkłymi stronami i tak się zastanawiam… ileż to losów ludzkich, tych zmyślonych i tych prawdziwych, przyniosłam do domu? Ile cudownych opowieści? Ile lat historii, nie tylko polskiej, literatury?

Jakże łatwo odwracamy się od tego, co było…

Kiedy zobaczyłam te sterty porzuconych, bezpańskich książek, wiedziałam, że muszę dotknąć szarych okładek, poczuć zapach starego magazynu, zobaczyć gdzieniegdzie przetarte litery, usłyszeć szelest kartek. Wiedziałam, że muszę przeczytać…

Zdążyć, nim przepadną na zawsze w odmętach ludzkiej (nie)pamięci, przysypane gruzem, burzonych z zapałem, reliktów minionej epoki.

Foto: okiemwariata/justyna sawczuk

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *