siła koloru

Kolor ma znaczenie. Przekonałam się o tym którejś zimy, gdy znajoma z pracy pojawiła się w nietypowym okryciu wierzchnim. Podczas, gdy wszyscy wokół wtapiali się w tło w swoich szaroburych ubraniach, Aga rozsiewała optymizm przy pomocy różowej kurtki. Przechodząc obok nie sposób było się nie uśmiechnąć. Choć dla wielu to oczywistość, dla mnie – człowieka z uporem maniaka wciskającego się w ciuchy w kolorach ziemi lub wybierającego bezpieczne czarno-białe zestawy – pozytywna moc koloru była niesamowitym odkryciem.

Przez lata byłam chodzącym potwierdzeniem teorii, jakoby nasze ubrania świadczyły o tym, jak postrzegamy siebie. Uwierzcie – nic skuteczniej nie skłania do bycia „niewidzialnym” niż niskie poczucie własnej wartości. Zachowawcza, nijaka odzież stanowiła część procesu maskowania się, wtapiania w otoczenie, jaki z lubością uprawiała moja podświadomość. To wręcz niewiarygodne, ale w pewnym momencie nie miałam w szafie żadnej kolorowej koszulki – wszystko było czarne! Bałam się koloru, bo mógłby sprawić, że stanę się widoczna, bałam się „odważnych” rzeczy: spódnic, sukienek, szortów, dekoltów, szpilek, bo ktoś mógłby zwrócić na mnie uwagę. Bałam się niestandardowej fryzury, czerwonego lakieru do paznokci i nigdy, ale to nigdy nie wychodziłam z domu ubrana tak, jak rzeczywiście chciałam.

Podziwiałam tych, którzy nie przejmowali się opiniami innych na temat swojego wyglądu, którzy dobrze się czuli we własnej skórze, ale sama nie robiłam nic, by zmienić cokolwiek w swoim życiu. Pojawiła się jednak różowa kurtka Agi. Szczerze mówiąc myśl o niej nie dawała mi spokoju, aż postanowiłam spróbować. Stopniowo w mojej szafie zaczęły się pojawiać kolejne barwy: fioletowy t-shirt, niebieskie spodnie, żółta apaszka, czerwone trampki… Coraz częściej odważałam się na wprowadzenie jakiegoś innego, nowego elementu, uczyłam się, sprawdzałam w czym czuję się dobrze. To było jak odkrywanie siebie na nowo, jak poznawanie pragnień drugiego człowieka, któremu do tej pory odmawiałam prawa głosu. Dziś w kwestii ubioru słucham tylko siebie. Nieważne co mówią: wariatka, dziwadło, patyczak, szkarada – szkoda czasu i życia na spełnianie oczekiwań innych. Dobrze mi ze sobą w moich czerwonych trampkach.

Kolory mają wielką moc – wystarczy odrobina intensywnej barwy, by przemalować życie. Nie tylko swoje. Wiem to.

Foto: Andrzej Petelski

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *