nie znam – nie oceniam

Słuchaliście kiedyś rozmowy starszych pań, siedzących na ławeczce przed blokiem? Cóż… mnie się zdarzyło. I nie żebym podsłuchiwała celowo, ot zwyczajnie zatrzymałam się tuż obok, czekając na znajomą. Ich głównym tematem były choroby i… inni ludzie.

A to, że sąsiad z trzeciej klatki ostatnio pijany do domu wrócił i darł się przez pół nocy przed drzwiami, bo go żona wpuścić nie chciała. A to, że córka tej „ruskiej” z pierwszego piętra włosy na czarno pofarbowała i jak satanistka się ubiera. Że Nowakową znów konkubent pobił, ale dobrze jej tak – trzeba było przy mężu zostać, rozwodów jej się zachciało to i wiadomo – Bóg pokarał. I tak bez końca…

Chciałabym móc powiedzieć, że to przypadłość ludzi starszych, dysponujących nadmiarem wolnego czasu i cierpiących na brak rozrywek, ale to nieprawda. Dokładnie to samo robią dzieci, młodzież i pokolenie trzydziestolatków. Wszystko sprowadza się do oceniania innych na podstawie szczątkowych informacji na ich temat.

Złodziej, dziwka, pijak, zboczeniec, idiotka… sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak często używamy takich określeń. Co gorsza, najczęściej mówimy tak o ludziach, których w rzeczywistości nie znamy. Bazą do wyrabiania sobie opinii na temat innych powinny być nasze własne doświadczenia, tymczasem opieramy się na plotkach, pogłoskach, ocenach osób trzecich. I żeby była jasność – nie jestem w tej materii święta. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Dostałam od życia świetną lekcję.

Od dłuższego czasu chciałam przeprowadzić wywiad z niezwykle charyzmatycznym człowiekiem, ponieważ jednak sama jestem dość nieśmiała, panicznie się tego bałam. Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, postanowiłam więc sprawdzić, co na jego temat powie mi „wujek Google” i moi znajomi. Opinie były skrajnie różne, ale dominowały określenia: furiat, impulsywny, gwałtowny, szorstki w obyciu, silna, dominująca osobowość, niechętnie mówi o swoim życiu prywatnym. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę fakt, że zaprosiłam go do programu, w którym mają paść pytania dotyczące owego życia prywatnego, należy uznać, że zebrane informacje nie napawały optymizmem. Zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie i… przygotowałam na walkę. Byłam wręcz przekonana, że odbiję się od ściany chłodu i ignorancji, a każdy strzęp informacji będę musiała wyrywać. Zanim jeszcze spotkałam tego człowieka, już zbudowałam sobie w głowie jego obraz, który… runął po jakichś 60 sekundach rozmowy.

Pan M. kompletnie zbił mnie z tropu, zaskoczył otwartością i szczerością. Okazał się uprzejmym, grzecznym, sympatycznym człowiekiem, prawdziwym dżentelmenem, choć jednocześnie wymagającym rozmówcą. Muszę przyznać, że chociaż strach przed wywiadem, który mam nagrać, nie minął, to samo spotkanie z moim przyszłym gościem zmieniło całkowicie moje nastawienie. Wiem, że to dla mnie olbrzymie wyzwanie, ale i szansa, by nauczyć się pracować w formule (wywiad), której nie znam, której dopiero się uczę.

To spotkanie uświadomiło mi także z jaką łatwością osądzałam ludzi, przyczepiałam im łatki… i chociaż o pewnym artyście malarzu myślę nadal jako o „męskiej, szowinistycznej świni”, mimo iż spędziłam w jego towarzystwie zaledwie kilka minut, obiecuję, że postaram się zmienić coś i w tej materii. O ile danych mi będzie kolejnych pięć minut…

Krótko mówiąc, od dziś nie znam – nie oceniam.

foto: unsplash.com/alexharvey

Join the discussion

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.