Bywa, że jeden moment, jedno wydarzenie, jedna decyzja, jeden wybór – zmienia wszystko. Bywa i tak, że zmiana nie przychodzi nagle, nie spływa na nas oświecenie, nie dzieje się nic spektakularnego, życie z dnia na dzień nie wygląda inaczej. Zmiana bywa procesem. Niejednokrotnie – długotrwałym.

Nie, to nie wydarzyło się nagle. Nie obudziłam się pewnego pięknego poranka z energią do działania, poczuciem sprawczości i jasno wyznaczonym kierunkiem, w którym chcę zmierzać. Pewnego dnia, kilka lat temu, ówczesny przełożony, widząc mój pogarszający się stan fizyczny i kondycję psychiczną, zasugerował zwrócenie się po profesjonalną pomoc. Miał rację – moje ciało od dawna się nie regenerowało, czułam permanentne zmęczenie, a zawodowo miałam wrażenie, że dobrnęłam do ściany – nie widziałam perspektyw dalszego rozwoju. Po kilku miesiącach bicia się z myślami, pokonałam mojego największego wroga – strach i odeszłam z etatu w samorządowej instytucji kultury. Tak zaczął się proces zmiany…
W maju minęły trzy lata od tamtej decyzji. Jednej z najtrudniejszych w moim dotychczasowym życiu, choć z perspektywy czasu wiem, że jedynej słusznej, mimo że odchodziłam w przerażeniu czy znajdę inne zajęcie, czy poradzę sobie finansowo, czy wrócę do pełni sił fizycznych i odzyskam energię do działania.
W domu spędziłam ponad rok. To nie był łatwy czas, bo moja wewnętrzna „Zosia Samosia” zmuszona była zaufać drugiemu człowiekowi, pozwolić się sobą zaopiekować, nauczyć się prosić o pomoc i dać sobie prawo do słabości. Odejście z pracy stało się też naturalnym filtrem dla relacji – część z nich okazała się być zbudowana na fundamencie pracy w tym samym miejscu i kiedy zabrakło tego wspólnego mianownika, zabrakło tematów do rozmów. I nie piszę tego z żalem, wręcz przeciwnie – życie nauczyło mnie, że rozwój oznacza często zmianę środowiska, a to z kolei sprawia, że ludzkie drogi po prostu się rozchodzą. Dziś z prawdziwą przyjemnością „podglądam” moje koleżanki z dawnej pracy w mediach społecznościowych i kibicuję im z całego serca, widząc jak rozwijają się zawodowo, spełniają w życiu prywatnym i realizują swoje pasje.
Te trzy lata pokazały mi też, że nie da się zbudować trwałego poczucia własnej wartości przeglądając się w oczach innych, nie da się zbudować poczucia bezpieczeństwa mierząc je stanem konta w banku, stanowiskiem czy pozycją społeczną i nie da się być sprawczym, jeśli nie podejmuje się działania w obawie przed porażką.
Dziś, trzy lata później: ufam swojej intuicji zamiast ślepo wierzyć osądom innych, poczucie bezpieczeństwa dają mi uczciwość, odwaga, wierność wyznawanym wartościom i konsekwencja w działaniu, a odstępstw od założonego planu nie postrzegam jako niepowodzeń, ale traktuję je jako lekcje i staram się wyciągać wnioski.
Proces zmiany trwa. Co przyniesie? Czas pokaże…









Płaszcz i spodnie – Reserved, Bluzka – Amisu (ma ze 20 lat?), Buty – Ochnik, Torebka – Ryłko,
Okulary przeciwsłoneczne i kolczyki – wyciągnięte z czeluści szafy własnej
Fot. Andrzej Androsiuk