Nie sądziłam, że odczuję tegoroczny brak urlopu. W zasadzie do drugiej połowy września szło całkiem nieźle – pozytywne nastawienie, gotowość do działania, wdzięczność za życzliwych ludzi wokół i za całe dobro tego roku. A jednak… pewnego dnia obudziłam się zmęczona. Fizycznie, psychicznie… po prostu zmęczona.

Płaszcz – Massimo Dutti, Koszula – Wólczanka, Pasek – Sobieski Design, Spodnie – Reserved, Buty – Gino Rossi,
Torebla – Flora &Co, Kolczyki – S&A, Okulary przeciwsłoneczne – Vogue, Pierścionek – Hilly Sheep
A potem wstałam, ogarnęłam się i poszłam do pracy. Gdzieś w połowie dnia uświadomiłam sobie, że zamiast tęsknić za Słowenią i zanurzać w bezkresie melancholii (co niektórzy traktują jak coroczną, jesienną tradycję) może warto szerzej otworzyć oczy, rozejrzeć się wokół i znaleźć kojącą przestrzeń: las, jezioro, park, łąkę – miejsce, gdzie przyroda jest na wyciągnięcie ręki. Gdzie obrazy, zapachy, faktury, dźwięki przynoszą spokój, gdzie głowa na chwilę odrywa się od codziennej rutyny, gdzie można zwolnić i po prostu być.
Spacerując w jednym z miejskich parków, zaczęłam przyglądać się ludziom: trzymająca się za ręce para, dziecko bawiące się z psem, wędkarze skupieni na tafli wody, rowerzyści… być może przyszli tu z podobnych powodów – szukając chwili wytchnienia.
Czy ją znaleźli? Nie wiem. Wiem, że choć moje zmęczenie nie minęło, pierwszy raz w tym roku miałam szansę zachwycić się polską jesienią, spojrzeć na rodzinne miasto z jakąś sentymentalną czułością i docenić ten wyjątkowy czas, trzymając za rękę człowieka, którego kocham.
Fot. Andrzej Androsiuk

















